Tak więc oto jestem :-) Znów :-)
Postaram się w telegraficznym skrócie nadrobić minione miesiące i z czystym kontem zacząć jeszcze raz :-)
Pierwszego dnia po świętach uległam presji najmłodszej, która oburzona była jawną niesprawiedliwością pt.: "Dla Oli to spódnicę uszyłaś, tak? A dla mnie to już nie łaska?!" Wymyśliła sobie kiecę z kawałka wzgardzonego przez starszą (paseczek ów nabyłam w marcu jako aplikację do sukienki Oli, okazało się jednak, że nieco się rozjeżdżają nasze wyobrażenia o niej), a że trochę tego było mało czyt. krótko :-) dokupiłam pasujący doń ściągacz i ... voilà
Kiedy Ola lojalnie przyznała, że właściwie to nie przepada za sukienkami i okazało się, że mam materiał!!! z rozpędu wzięłam się za sukienkę dla siebie. Och, już się nie mogłam doczekać :-) No i co? Niestety porażka. Materiał fajny, ale kieca po uszyciu nie do noszenia. Niemiłosiernie drapiące szwy, ciut za szeroki dekolt (wykroje z Burdy mają ewidentny feler, albo ja jestem niewymiarowa jakaś), a jakby tego było mało, na materiale robiły się dziwne plamy, obstawiam że od zagnieceń :-( No nic, nie tracę nadziei, że w wolnej chwili uda mi się doprowadzić ją do stanu używalności. Jeśli oczywiście trafi się takowa :-)
Na swój happy end czeka też niebieska polarowa sukienka dla młodszej córeczki, przede mną więc wyprawa po suwak i dodatki.
Później kwiecień urozmaicały nam wzmożone przygotowania do Komunii Julci. Począwszy od prób w Kościele, poprzez planowanie całej uroczystości aż po realizację niektórych punktów. Jednym z najprzyjemniejszych było zapraszanie gości :-)
Przeszukałyśmy internet w poszukiwaniu pięknego cytatu. Pod lupę poszły chyba wszystkie pierwszokomunijne pieśni, a Jula wciąż kręciła noskiem. Aż zdecydowanie powiedziała, że ma być fragment jej ulubionej Barki. No cóż, nie o tym myślałam, ale to Jej święto i Jej święte prawo :-) Później przygotowałam kilka wersji stylistycznych zaproszeń, by Julia mogła wybrać sobie ten jedyny :-) Jeszcze tylko drukowanie - oczywiście z przygodami, bo drukarka akurat postanowiła mieć gorsze dni - i można było wreszcie zacząć odwiedzać Rodzinę, gdzie Julia, dzierżąc kopertę w małych rączkach, z ogromnym przejęciem wypowiadała przygotowaną sobie zawczasu formułkę :-)
Wszyscy w klasie otrzymali też dziś od Pani Oli zdjęcia z autografami aktorów występujących w serialu Szpital, jako że reżyserem jest jej kolega. Nie znam, nie oglądam, telewizora w naszym domu nie ma. Przez to, że podarek miał miejsce w dniu pożyczenia książki, Ola ledwie zarejestrowała fakt :-) Gdzie te czasy, że autograf nieznanego pisarza otrzymany na szkolnym spotkaniu trzymało się z czcią w albumie, a dla podpisu Renaty Dąbkowskiej opuściło się chemię w liceum... Ech, czasy... :-)
W dniu imienin Julci w jej klasie odbyły się zajęcia z udzielania pierwszej pomocy. Dzieciaki zachwycone, wieczorem z werwą obracały domownikami - Pani kazała w domu przećwiczyć wszystkie punkty po kolei oraz pozycję boczną ustaloną, bo jutro sprawdzian :-) Zdali śpiewająco :-)
Ach, i jeszcze :-) W jednym z ostatnich dni kwietnia na własnym kawałku nieba zobaczyłam pierwszego tej wiosny bociana. Nareszcie! Mazurskich rzecz jasna nie liczyłam, to nie to samo przecież :-) Tak więc dopiero w tamten poniedziałkowy poranek zaczęła się dla mnie prawdziwa Wiosna :-)


