niedziela, 22 marca 2015

Żegnaj zimo...



     Wczoraj przywitaliśmy upragnioną Wiosnę. Powitanie, żeby nie było, odbyło się jak należy. Z przytupem :-)

     Po raz pierwszy udało się nam całą rodziną uczestniczyć w XXIX Rajdzie Pieszym PTTK „Witaj Wiosno”. Dziewczynki chodziły już w poprzednich latach, ale w związku z uroczystym wręczeniem naszej Młodszej legitymacji członkowskiej PTTK ruszyli się i staruszkowie. Trochę, jak zwykle, zadecydował przypadek; dzieci zgłosiło się zbyt dużo i krucho było z opieką, zostałam więc poproszona przez Panią Basię o uczestnictwo. Poproszona to może niekoniecznie dobre określenie ;-) Było tak: „Pani Agnieszko, ja pani nie proszę, ja nawet pani nie błagam. Ja pani każę :-)” Zgłoszonych na rajd dzieci było już wtedy 31, opiekunów tylko 2, więc… Koniec końców Rodzice stanęli na wysokości zadania i już na rajdzie okazało się, że idzie nas 10 :-) Dzieci też przybyło – chętnych do utopienia Marzanny było z naszej szkoły 44 :-D


     Całą olbrzymią grupą – samych dzieci zebrało się 370 - przeszliśmy z parkingu przy szkole nr 2 w Warce na Rynek, gdzie odbyło się spotkanie z władzami miasta oraz wręczenie legitymacji 5 nowym członkom. Julia wystąpiła jako pierwsza :-) 




     Po słodkim poczęstunku udaliśmy się do Muzeum Kazimierza Pułaskiego w Parku na Winiarach. Dla mnie i męża był to sentymentalny powrót – w tym miejscu odbyła się nasza ślubna sesja prawie 15 lat temu <3 Sprzed Muzeum, już w mniejszych grupach rozeszliśmy się po ścieżkach przyrodniczo-edukacyjnych.



     Nasza grupa dotarła nad Pilicę, gdzie jeden z obecnych Tatusiów podpalił Marzannę i wrzucił do rzeki. No, Zimo, zapraszamy w grudniu :-)




     Ostatnim punktem programu było ognisko – po ostatecznym rozprawieniu się z zimą należało się wzmocnić pieczonymi kiełbaskami. Po odśpiewaniu wiosennych piosenek, każda biorąca udział w rajdzie grupa otrzymała pamiątkowy dyplom i piłkę dla swojej szkoły.



     Po powrocie do domu wzięliśmy się całą rodziną za wiosenne porządki, żeby zupełnie wygarnąć zimę z zakamarków ogrodu, a ja w międzyczasie robiłam jeszcze Popaprańca. Przepis dostałam od Sylwii, z zastrzeżeniem, że jej, nie wiedzieć czemu, nie wyszedł krem. Mi też się spaprał. Hmmm, może to w tym tkwi tajemnica nazwy?

piątek, 6 marca 2015

Opłakane w skutkach szukanie Wiosny...



     W niedzielę po obiedzie szukałyśmy z Julcią wiosny. Mąż odsypiał nockę, a Ola z bolącym gardłem wygrzewała się w łóżku. 

     Zabrałyśmy ze sobą Daisy. Psinka zawsze jest chętna, a na widok smyczy zaczyna szaleć ze szczęścia. Przybiega z prędkością światła i domaga się przypięcia jej do obróżki :-)  Zdaję sobie sprawę, że brakuje jej spacerów - w tygodniu zbyt rzadko z nią wychodzimy, pozostaje jej podwórko, gdzie może hasać do woli, ale spacer to jednak spacer :-)

     W naszym lesie nie udało się znaleźć sztandarowych zwiastunów wiosny, jakimi są bazie. W ogóle raczej szaro, buro i ponuro, aurze i pejzażowi bliżej do jesieni :-(   Mrowisko jednak ożyło. Ponoć zwiastuje to koniec zimy, aczkolwiek trudno mi w to uwierzyć, szczególnie kiedy natknę się gdzieś na  prognozę pogody… Właśnie przy mrowisku, gdy Jula z przerażeniem fotografowała czarne owady zauważyłam kleszcza na uchu Daisy. Strzepnęłam go w panice, mając w pamięci ubiegłoroczną babeszjozę u trzyipółmiesięcznej wówczas suni. 

     Po powrocie ze spaceru przeczesałam Daisy centymetr po centymetrze. Sierść ma jasną nie powinno być więc problemu, wydawałoby się, ale i gęstą, niestety. W sumie przyniosła na sobie dziewięć, w porę unieszkodliwionych, krwiopijców, ale w przerażenie wprawił mnie dziesiąty – jasny, wielki na ponad półtora centymetra. Prawdopodobnie nie odnaleziona w porę pamiątka z ubiegłotygodniowej wyprawy. Właściwie już się nie trzymał, wystarczyło chwycić go pęsetą i wrzucić do słoiczka. Ranę zdezynfekowałam spirytusem i jeszcze baczniej zaczęłam obserwować psiaka. Na szczęście nie zauważyłam żadnych niepokojących objawów typu apatia, większa niż zwykle ospałość, wymioty, brak apetytu. Obejrzałam nawet dziąsła, ale i tu wszystko było ok.

     Mimo wszystko rano zabrałyśmy ją z Olą do weterynarza. Bardziej dla uspokojenia się niż z konieczności, ale wolałam wszystko sprawdzić. I szok. Temperatura 41 stopni, ogólne oględziny i wywiad i mamy diagnozę: babeszjoza. Struchlałyśmy świadome zagrożenia. Lekarz dziwił się trochę w miarę dobrej kondycji Daisy, ale nie czekając wdrożył leczenie. Skończyło się na podaniu imizolu, a ponadto trzech innych zastrzykach, min. antybiotyku i leku osłaniającym wątrobę. We wtorek kolejne trzy, w środę dwa ostatnie. Póki co Zunia wciąż jakby smutna… Wiem, że potrzebuje jeszcze trochę czasu, ale przykro na nią patrzeć.

     Ola natomiast, żeby nie było, od wtorku na antybiotyku. Gardło miała już tak paskudne, że nie było wyjścia. Zwolnienie miała wstępnie do dziś, ale na dzisiejszej kontroli Pani Doktor wypisała kolejne. Mało tego. Po pierwsze nie zgodziła się na udział Oli w turnieju piłki ręcznej w przyszły czwartek, jako że wciąż będzie na antybiotyku, a poza tym angina sieje ponoć spustoszenie w organizmie (obciąża stawy, nerki, serce) i tego typu obciążenie wraz z silnymi emocjami, które się wiążą z rywalizacją, są absolutnie niedopuszczalne. W rezultacie klasa odpuszcza sobie udział, ponieważ Pani od w-f skwitowała sprawę krótko – bez Oli w ogóle nie ma sensu nigdzie jechać ;-)   Po drugie, udział Oli w warsztatach organizowanych w ramach projektu Młodzieżowy Magiel również nie wchodzi w grę. Choć Ola czuje się duuuuużo lepiej niż te 3-5 dni temu i w zasadzie wygląda na zdrową, to światu mogę ją zwrócić dopiero za tydzień :-)   Jej choroba po trosze też ma związek z szukaniem wiosny. Tydzień wcześniej Ola wyciągnęła nas na spacer w lasy mojego dzieciństwa. Zrobiła mnóstwo pięknych zdjęć na konkurs, ale to już fotograf pełną gębą :-)  Ponadto sprzyjała jej pogoda (piękne słońce) i okoliczności przyrody okazały się łaskawe. Później jednak każdego dnia budziła się z bólem gardła, a dobiła ją Zimowa Noc w szkole i podchody od 20 do 22.30… 

     Mam nadzieję, że u Was szukanie wiosny nie okazało się tak brzemienne w skutkach…

                                                                                                                          Nasza kochana Daisy :-)