W piątek dobiegła
końca moja rehabilitacja. Od poniedziałku wszystko wróciło do normy. Tylko czy
to oby na pewno dobrze? Nie będę ściemniać, ogarnięcie wszystkiego przez te
trzy tygodnie było trudne. Przedpołudnia, które normalnie w całości poświęcam
pracy, spędzałam na zabiegach. Po południu ze szkoły wracają dzieci, więc trzeba
wysłuchać relacji z całego dnia, nakarmić, młodszej z lekcjami pomóc – pracuję więc na pół gwizdka. No, chyba że
klient pojawi się osobiście, wtedy rzucam wszystko i siedzę w biurze :-( W ostatnim czasie,
gdy wracałam z Konstancina, młodsze dziecię było już w domu, więc w pracy
ograniczałam się jedynie do „gaszenia pożarów”. To oznaczało tak znienawidzoną
przeze mnie nerwówkę i, jeśli było trzeba, robotę po godzinach, w świętym
czasie dzieci. Tu wyjaśniam od razu, że święty czas dzieci często jest pojęciem
czysto umownym, życzeniowym, bo niestety wciąż wyskakuje mnóstwo
nieoczekiwanych spraw i różnego rodzaju „muszę” :-(
Teraz było to na porządku dziennym, bo dziwnym zrządzeniem losu w moje wolne od
pracy dni nawet maili przychodzi kilka razy więcej.
Ale z drugiej
strony była to jedyna okazja, by zająć się trochę sobą. Nie oszukujmy się, w
domu, mimo planów i dobrych chęci trudno mi to kontynuować. Trzeba się
„przestroić” i bez poczucia winy wykradać z codziennej bieganiny godzinę dla
swojego zdrowia. Ale bardzo, bardzo się staram. Nie chcę zniweczyć tego
wszystkiego, co udało się osiągnąć.
Miałam szczęście
trafić na wspaniałą rehabilitantkę. Pani Kasia podeszła do mojego „rusztowania”
w sposób kompleksowy, przemycając mi pomiędzy masażami i ćwiczeniami kluczowe
kwestie związane z funkcjonowaniem organizmu, od właściwego odżywiania,
nawadniania tkanek poprzez ruch aż do relaksu i rozluźniania. Tłumaczyła, jak ciało
reaguje na najmniejszy nawet stres, typu: zaraz się spóźnię, jak spina
poszczególne partie mięśni, których istnienia nawet sobie nie uświadamiamy i prowadzi
do dolegliwości pozornie ze stresem nie związanych. Wspaniale byłoby pozbyć się
go na zawsze ze swojego życia :-)
Tak, wiem, że to mrzonki ale obiecałam sobie choć trochę wyluzować. W końcu, co
mi to da? Wieczny pośpiech i dążenie do perfekcji… Mało tego, mojej rodzinie
też będzie z tym lepiej :-)
Pędzę pomachać
nogami :-D
Jak my dbamy o
swoje ciała, tak nam się one odwdzięczają...

