piątek, 6 marca 2015

Opłakane w skutkach szukanie Wiosny...



     W niedzielę po obiedzie szukałyśmy z Julcią wiosny. Mąż odsypiał nockę, a Ola z bolącym gardłem wygrzewała się w łóżku. 

     Zabrałyśmy ze sobą Daisy. Psinka zawsze jest chętna, a na widok smyczy zaczyna szaleć ze szczęścia. Przybiega z prędkością światła i domaga się przypięcia jej do obróżki :-)  Zdaję sobie sprawę, że brakuje jej spacerów - w tygodniu zbyt rzadko z nią wychodzimy, pozostaje jej podwórko, gdzie może hasać do woli, ale spacer to jednak spacer :-)

     W naszym lesie nie udało się znaleźć sztandarowych zwiastunów wiosny, jakimi są bazie. W ogóle raczej szaro, buro i ponuro, aurze i pejzażowi bliżej do jesieni :-(   Mrowisko jednak ożyło. Ponoć zwiastuje to koniec zimy, aczkolwiek trudno mi w to uwierzyć, szczególnie kiedy natknę się gdzieś na  prognozę pogody… Właśnie przy mrowisku, gdy Jula z przerażeniem fotografowała czarne owady zauważyłam kleszcza na uchu Daisy. Strzepnęłam go w panice, mając w pamięci ubiegłoroczną babeszjozę u trzyipółmiesięcznej wówczas suni. 

     Po powrocie ze spaceru przeczesałam Daisy centymetr po centymetrze. Sierść ma jasną nie powinno być więc problemu, wydawałoby się, ale i gęstą, niestety. W sumie przyniosła na sobie dziewięć, w porę unieszkodliwionych, krwiopijców, ale w przerażenie wprawił mnie dziesiąty – jasny, wielki na ponad półtora centymetra. Prawdopodobnie nie odnaleziona w porę pamiątka z ubiegłotygodniowej wyprawy. Właściwie już się nie trzymał, wystarczyło chwycić go pęsetą i wrzucić do słoiczka. Ranę zdezynfekowałam spirytusem i jeszcze baczniej zaczęłam obserwować psiaka. Na szczęście nie zauważyłam żadnych niepokojących objawów typu apatia, większa niż zwykle ospałość, wymioty, brak apetytu. Obejrzałam nawet dziąsła, ale i tu wszystko było ok.

     Mimo wszystko rano zabrałyśmy ją z Olą do weterynarza. Bardziej dla uspokojenia się niż z konieczności, ale wolałam wszystko sprawdzić. I szok. Temperatura 41 stopni, ogólne oględziny i wywiad i mamy diagnozę: babeszjoza. Struchlałyśmy świadome zagrożenia. Lekarz dziwił się trochę w miarę dobrej kondycji Daisy, ale nie czekając wdrożył leczenie. Skończyło się na podaniu imizolu, a ponadto trzech innych zastrzykach, min. antybiotyku i leku osłaniającym wątrobę. We wtorek kolejne trzy, w środę dwa ostatnie. Póki co Zunia wciąż jakby smutna… Wiem, że potrzebuje jeszcze trochę czasu, ale przykro na nią patrzeć.

     Ola natomiast, żeby nie było, od wtorku na antybiotyku. Gardło miała już tak paskudne, że nie było wyjścia. Zwolnienie miała wstępnie do dziś, ale na dzisiejszej kontroli Pani Doktor wypisała kolejne. Mało tego. Po pierwsze nie zgodziła się na udział Oli w turnieju piłki ręcznej w przyszły czwartek, jako że wciąż będzie na antybiotyku, a poza tym angina sieje ponoć spustoszenie w organizmie (obciąża stawy, nerki, serce) i tego typu obciążenie wraz z silnymi emocjami, które się wiążą z rywalizacją, są absolutnie niedopuszczalne. W rezultacie klasa odpuszcza sobie udział, ponieważ Pani od w-f skwitowała sprawę krótko – bez Oli w ogóle nie ma sensu nigdzie jechać ;-)   Po drugie, udział Oli w warsztatach organizowanych w ramach projektu Młodzieżowy Magiel również nie wchodzi w grę. Choć Ola czuje się duuuuużo lepiej niż te 3-5 dni temu i w zasadzie wygląda na zdrową, to światu mogę ją zwrócić dopiero za tydzień :-)   Jej choroba po trosze też ma związek z szukaniem wiosny. Tydzień wcześniej Ola wyciągnęła nas na spacer w lasy mojego dzieciństwa. Zrobiła mnóstwo pięknych zdjęć na konkurs, ale to już fotograf pełną gębą :-)  Ponadto sprzyjała jej pogoda (piękne słońce) i okoliczności przyrody okazały się łaskawe. Później jednak każdego dnia budziła się z bólem gardła, a dobiła ją Zimowa Noc w szkole i podchody od 20 do 22.30… 

     Mam nadzieję, że u Was szukanie wiosny nie okazało się tak brzemienne w skutkach…

                                                                                                                          Nasza kochana Daisy :-)

    

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz