W niedzielę po obiedzie szukałyśmy z Julcią wiosny. Mąż
odsypiał nockę, a Ola z bolącym gardłem wygrzewała się w łóżku.
Zabrałyśmy ze
sobą Daisy. Psinka zawsze jest chętna, a na widok smyczy zaczyna szaleć ze
szczęścia. Przybiega z prędkością światła i domaga się przypięcia jej do
obróżki :-)
Zdaję sobie sprawę, że brakuje jej spacerów - w tygodniu zbyt rzadko z nią
wychodzimy, pozostaje jej podwórko, gdzie może hasać do woli, ale spacer to jednak
spacer :-)
W naszym lesie
nie udało się znaleźć sztandarowych zwiastunów wiosny, jakimi są bazie. W ogóle
raczej szaro, buro i ponuro, aurze i pejzażowi bliżej do jesieni :-( Mrowisko jednak ożyło.
Ponoć zwiastuje to koniec zimy, aczkolwiek trudno mi w to uwierzyć, szczególnie
kiedy natknę się gdzieś na prognozę
pogody… Właśnie przy mrowisku, gdy Jula z przerażeniem fotografowała czarne owady
zauważyłam kleszcza na uchu Daisy. Strzepnęłam go w panice, mając w pamięci
ubiegłoroczną babeszjozę u trzyipółmiesięcznej wówczas suni.
Po powrocie ze
spaceru przeczesałam Daisy centymetr po centymetrze. Sierść ma jasną nie
powinno być więc problemu, wydawałoby się, ale i gęstą, niestety. W sumie
przyniosła na sobie dziewięć, w porę unieszkodliwionych, krwiopijców, ale w
przerażenie wprawił mnie dziesiąty – jasny, wielki na ponad półtora centymetra.
Prawdopodobnie nie odnaleziona w porę pamiątka z ubiegłotygodniowej wyprawy. Właściwie
już się nie trzymał, wystarczyło chwycić go pęsetą i wrzucić do słoiczka. Ranę
zdezynfekowałam spirytusem i jeszcze baczniej zaczęłam obserwować psiaka. Na
szczęście nie zauważyłam żadnych niepokojących objawów typu apatia, większa niż
zwykle ospałość, wymioty, brak apetytu. Obejrzałam nawet dziąsła, ale i tu
wszystko było ok.
Mimo wszystko
rano zabrałyśmy ją z Olą do weterynarza. Bardziej dla uspokojenia się niż z
konieczności, ale wolałam wszystko sprawdzić. I szok. Temperatura 41 stopni,
ogólne oględziny i wywiad i mamy diagnozę: babeszjoza. Struchlałyśmy świadome
zagrożenia. Lekarz dziwił się trochę w miarę dobrej kondycji Daisy, ale nie
czekając wdrożył leczenie. Skończyło się na podaniu imizolu, a ponadto trzech
innych zastrzykach, min. antybiotyku i leku osłaniającym wątrobę. We wtorek
kolejne trzy, w środę dwa ostatnie. Póki co Zunia wciąż jakby smutna… Wiem, że potrzebuje
jeszcze trochę czasu, ale przykro na nią patrzeć.
Ola natomiast,
żeby nie było, od wtorku na antybiotyku. Gardło miała już tak paskudne, że nie
było wyjścia. Zwolnienie miała wstępnie do dziś, ale na dzisiejszej kontroli
Pani Doktor wypisała kolejne. Mało tego. Po pierwsze nie zgodziła się na udział
Oli w turnieju piłki ręcznej w przyszły czwartek, jako że wciąż będzie na
antybiotyku, a poza tym angina sieje ponoć spustoszenie w organizmie (obciąża
stawy, nerki, serce) i tego typu obciążenie wraz z silnymi emocjami, które się
wiążą z rywalizacją, są absolutnie niedopuszczalne. W rezultacie klasa
odpuszcza sobie udział, ponieważ Pani od w-f skwitowała sprawę krótko – bez Oli
w ogóle nie ma sensu nigdzie jechać ;-)
Po drugie, udział Oli w warsztatach organizowanych w ramach projektu
Młodzieżowy Magiel również nie wchodzi w grę. Choć Ola czuje się duuuuużo
lepiej niż te 3-5 dni temu i w zasadzie wygląda na zdrową, to światu mogę ją
zwrócić dopiero za tydzień :-)
Jej choroba po trosze też ma związek z szukaniem wiosny. Tydzień wcześniej Ola
wyciągnęła nas na spacer w lasy mojego dzieciństwa. Zrobiła mnóstwo pięknych
zdjęć na konkurs, ale to już fotograf pełną gębą :-)
Ponadto sprzyjała jej pogoda (piękne słońce) i okoliczności przyrody okazały
się łaskawe. Później jednak każdego dnia budziła się z bólem gardła, a dobiła
ją Zimowa Noc w szkole i podchody od 20 do 22.30…
Mam nadzieję, że
u Was szukanie wiosny nie okazało się tak brzemienne w skutkach…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz