środa, 8 kwietnia 2015

Co za tydzień...

     Znów trochę mnie nie było... Tydzień przedświąteczny zbiegł się ze sprawdzianem Oli, a do tego naszło mnie na szycie :-)

     Tydzień zaczęłam od dokończenia najmniej przyjemnej roboty, bo ile w końcu można to odwlekać? Przygotowałam resztę dokumentów do rozliczenia rocznego, pozostało jedynie skontaktować się z księgową. No właśnie... Najpierw się rozłączała, potem - gdy już straciłam nadzieję - ściemniała, że zasnęła po pracy i właśnie miała oddzwaniać. Taaak, bo ja życia nie znam. I naszej księgowej... Prawie na siłę umówiłam się z nią za pół godziny, wiedząc, że taki fart może się nie powtórzyć. Musiałam jej jeszcze obiecać, że nie wejdę na górę, bo ma bałagan, wszyscy coś od niej chcą, a ona taka zmęczona... Przyjęła mnie rzeczywiście w progu, rozmawiając przez telefon. Zaczekałam aż skończy, by zadać jej parę pytań, ale jak tylko skończyła zaczęła narzekać, że tak tego dużo, weźmie się dopiero po świętach, a w ogóle to rozliczy nas na koniec kwietnia dopiero. Kuźwa, kasa nam potrzebna, a ta zawsze swoje. Już w zeszłym roku chcieliśmy od niej zwiać, ale do czerwca twierdziła, że nie skończyła wpisywać wszystkiego do książki i nie może oddać papierów. No i jest niedroga. Wrrrr. O dziwo, mąż jakoś bardzo się na mnie nie wściekał. Jedno z głowy.
 
     Wieczorem powiedziałam Oli, że kupiłam meliskę na jutro (wypicie filiżanki przed snem dzień przed egzaminem doradziła im matematyczka), a ona do mnie: "A po co, jak ja się wcale nie stresuję?" No, ok. We wtorek zaczęłam rozkminiać, że może trochę jednak powinna, zawsze to jakaś mobilizacja, przygotowanie do tych wszystkich egzaminów, które ją jeszcze w życiu czekają. A tak? Może to oznaka braku ambicji? Mąż mnie wyśmiał - "Dobra jest, czym ma się stresować?" No wiem, ale... Jakiś czas temu Ola skwitowała sprawę mniej więcej tak: "Mamuś, przecież u nas jest tylko jedno gimnazjum, muszą mnie przyjąć". We wtorek wieczorem przyszła do mnie i poprosiła o ziółka, bo troszeczkę się jednak stresuje. Wypiłyśmy razem :-)


     Rano zawiozłam moją elegancką córę do szkoły. Co prawda, nasz dom dzieli od niej zaledwie 150 metrów, ale padał deszcz, po co miała moknąć :-) Później miałam parę spraw w Grójcu do załatwienia, ale Jula wymyśliła sobie, że po raz pierwszy zostanie w domu sama na dłużej (i dalej). Miała dziś wolne ze względu na sprawdzian siostry. Próbowałam skusić ją biblioteką, wyborem papieru na zaproszenia :-) Nie dała się, wręcz nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie pojadę :-) Przed wieczorem ruszyłyśmy z Olą do stolicy na Kopciuszka. Chciałam jakoś uczcić ten dzień, a poza tym Jula ostatnio zrobiła się dość... hm krnąbrna i trzeba jej było pokazać, że warto być fajnym ludziem :-) Planowałam podróż pociągiem, bo przez lata odwykłam od śmigania autem po Warszawie, a miejsca parkingowe przy Multikinie wydawały mi się dziwnie wąskie, ale mąż wygłosił swoje: "Liczą się chęci, a resztę się wyklepie" :-) No jak tak to luuuuz. Próbowałam go troszkę wkręcić smskiem, ale nie dał się :-) Wyczuł podstęp, wszak to prima aprilis...

     W czwartek spontaniczny wypad na Mazury - mąż znalazł auto, które ewentualnie mógłby zaakceptować (idealne nie istnieje) i pojechaliśmy je obejrzeć. Okazało się porażką, w ogłoszeniu przekłamań tyle, że nie warto nawet pisać. Plusy: spędziliśmy fajny dzień we czwórkę, zaliczyliśmy Maca (to plus wg dzieci) i zobaczyliśmy pierwsze bociany tej wiosny. Rok temu pierwsze napatoczyły mi się już w lutym, a w kwietniu spowszedniały mi na tyle, że przestałam liczyć. Teraz pustki jakieś w Mazowieckim, choć są tacy co ponoć widzieli :-)  Wieczorem wzięłam się wreszcie za planowanie świątecznych smakołyków, bo na liście była dotąd tylko Złota Rosa, nasz ulubiony serniczek. Z nim decyzja była błyskawiczna - ser, ktorego do niego używam był na super promocji :-) Dorzuciliśmy ostatni hit - szarlotkę z przepisu bratowej, a Julia zażyczyła sobie jeszcze babkę, bo jak to ma jej nie być w koszyczku ze święconką? Pani na religii im mówiła, że babkę trzeba... Pod naciskiem męża odpuściłam sobie sałatki i flaczki, bo i tak nas w domu nie będzie. Wynegocjowałam bigos, za którym już zdążyłam się stęsknić. Większą część zamrożę i będzie ja znalazł w kryzysowych czasowo sytuacjach.

     Sprzątanie zostawiam zawsze na ostatnią chwilę, żeby efekt był widoczny (i tak nie jest) :-P  Na wymytych w piątek oknach już po kilku godzinach były zacieki - jaśnie nam panująca wiosna szalała na całego przeplatając deszcz ze śniegiem i gradem w kilkuminutowych odstępach. I jeszcze nasz psiak, niepokonany ekspert ds. błyskawicznego usuwania śladów sprzątania. Drapaniem w szybę (ślady do wysokości 1,5m) daje nam znać, że chce wejść do domu, a wpuszczona stempluje ubłoconymi łapkami podłogi, pozostawiając na jasnych płytkach gustowne kompozycje. Mycie ścian wcześniej też nie miało sensu - w taką pogodę każde przytulenie się Daisy do ściany daje efekt burej plamy.

     Wieczorem dziewczynki zrobiły pisanki. Cudne. Zdolne mam bestie, prawda?


     Niestety nie wszystkie zmieściły się do koszyczka, który - tak na marginesie - był w ostatniej chwili kombinowany. Kiedy bowiem przyszło do przygotowania święcenia i wysłałam Julcię po koszyczek, okazało się, że go nie ma. "Jak to nie ma?" Pobiegłam sama, przeszukałam wszystkie szafki, efekt ten sam. Wrrr, to gdzie on cholera jest? I z czym mamy iść do kościoła? "Mamo, ja znam historię tego koszyczka" słyszę w pewnej chwili. Po czym następuje wyjaśnienie - bo ja się nim bawiłam dawno temu i nie schowałam, zostawiłam w wiatrołapie i Daisy go pogryzła. Ale ty wiedziałaś - dodaje. Wdech, próbuję się skupić i przypomnieć. No może rzeczywiście, gdzieś z tyłu głowie telepie się myśl, że w tym roku miałam wreszcie kupić nowy koszyczek. Tylko zapomniałam, że sprawa kupna podyktowana była potrzebą, a nie zachcianką. Zachciankowe zeszły na plan na tyle odległy, że nie zostały zrealizowane. Błąd. Co robić? Co robić?
- Mamusiu, to może położymy na talerzu, a ja dorobię uszy z patyczków? Nie będzie widać - przekonuje mój mały Majsterklepka. Kręcę nosem.
- To może babcia nam pożyczy... - kombinuje dalej.
- Dziecko, chyba lepiej, żeby babcia nie wiedziała, jak my się do świąt przygotowaliśmy - próbuję żartować, i nagle... Jest!!!
Szybciutko pobiegłam na strych, gdzie zachomikowałam (chwała Bogu!) koszyczek po jakiejś roślince, z którego Ola 4 lata temu sypała kwiatki na Boże Ciało. Zleciłam błyskawiczne odinstalowanie wszystkiego co niepotrzebne, wymyłam i oderwałam folię zabezpieczającą przed przeciekaniem,  raz dwa zapakowałam wszystko, co trzeba i mogliśmy wyjeżdżać do Kościoła.


     Dekoracje Grobu i Ciemni piękne w tym roku. Głupio mi było pykać fotki podczas adoracji, więc zamieszczam te, które wykonał nasz wikary Piotr - pomysłodawca i pewnie w dużej części wykonawca.


     Na wieczór zostało mi jeszcze dokończenie spódnicy dla Oleńki przy akompaniamencie zawodzenia Juli, jaka to jestem niesprawiedliwa, że szyję tylko dla Oli. Jakby wiedziała, że tak zrobię, toby sobie sukienki nie kupowała. Ha!


     Gotowa spódniczka na mojej modelce:
    


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz