czwartek, 26 lutego 2015

Wszystko, co dobre szybko się kończy…



     W piątek dobiegła końca moja rehabilitacja. Od poniedziałku wszystko wróciło do normy. Tylko czy to oby na pewno dobrze? Nie będę ściemniać, ogarnięcie wszystkiego przez te trzy tygodnie było trudne. Przedpołudnia, które normalnie w całości poświęcam pracy, spędzałam na zabiegach. Po południu ze szkoły wracają dzieci, więc trzeba wysłuchać relacji z całego dnia, nakarmić, młodszej z lekcjami pomóc  – pracuję więc na pół gwizdka. No, chyba że klient pojawi się osobiście, wtedy rzucam wszystko i siedzę w biurze :-(  W ostatnim czasie, gdy wracałam z Konstancina, młodsze dziecię było już w domu, więc w pracy ograniczałam się jedynie do „gaszenia pożarów”. To oznaczało tak znienawidzoną przeze mnie nerwówkę i, jeśli było trzeba, robotę po godzinach, w świętym czasie dzieci. Tu wyjaśniam od razu, że święty czas dzieci często jest pojęciem czysto umownym, życzeniowym, bo niestety wciąż wyskakuje mnóstwo nieoczekiwanych spraw i różnego rodzaju „muszę”  :-( Teraz było to na porządku dziennym, bo dziwnym zrządzeniem losu w moje wolne od pracy dni nawet maili przychodzi kilka razy więcej.

     Ale z drugiej strony była to jedyna okazja, by zająć się trochę sobą. Nie oszukujmy się, w domu, mimo planów i dobrych chęci trudno mi to kontynuować. Trzeba się „przestroić” i bez poczucia winy wykradać z codziennej bieganiny godzinę dla swojego zdrowia. Ale bardzo, bardzo się staram. Nie chcę zniweczyć tego wszystkiego, co udało się osiągnąć.

     Miałam szczęście trafić na wspaniałą rehabilitantkę. Pani Kasia podeszła do mojego „rusztowania” w sposób kompleksowy, przemycając mi pomiędzy masażami i ćwiczeniami kluczowe kwestie związane z funkcjonowaniem organizmu, od właściwego odżywiania, nawadniania tkanek poprzez ruch aż do relaksu i rozluźniania. Tłumaczyła, jak ciało reaguje na najmniejszy nawet stres, typu: zaraz się spóźnię, jak spina poszczególne partie mięśni, których istnienia nawet sobie nie uświadamiamy i prowadzi do dolegliwości pozornie ze stresem nie związanych. Wspaniale byłoby pozbyć się go na zawsze ze swojego życia  :-)  Tak, wiem, że to mrzonki ale obiecałam sobie choć trochę wyluzować. W końcu, co mi to da? Wieczny pośpiech i dążenie do perfekcji… Mało tego, mojej rodzinie też będzie z tym lepiej :-)

     Pędzę pomachać nogami :-D
                                                                                       Jak my dbamy o swoje ciała, tak nam się one odwdzięczają...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz