Wtorkowe popołudnie. Młodsze dziecię przychodzi do mnie z
książkami: „Pomożesz?”
Przyglądam się, jak rozwiązuje zadania, truję, że literki
nierówne, kto to słyszał, żeby w drugiej klasie do linijek nie dociągać?! Na
koniec: „Muszę jeszcze zrobić zegar.” Spoko, Ty wycinasz, ja skombinuję jakiś
korek. Po drodze przypominam sobie ze zgrozą, że przecież wszystkie trzy korki
czekające na taką okazję wyrzuciłam podczas przedświątecznych porządków.
Jesteśmy rodziną pijącą rzadziej niż rzadko, więc nie spodziewam się sukcesu.
Na szczęście na półce w spiżarce znajduję butelkę z korkiem. Wino musiało być
prezentem, bo dumnie dynda na nim jeszcze przykurzona, ozdobna wstążka. W
kuchni odcinam wystający centymetr korka i wracam do dziecka. Zegar piękny.
Wieczór. Po kolacji serwuję mężowi ciepłą szarlotkę z bitą
śmietaną – wszak to nasza 19 rocznica :-)
Śmieję się, że musimy skończyć wino, bo korek miał misję. Mąż napełnia
kieliszki… Ekhm… Czy wino może się popsuć? Zamiast trunku o intensywnym i
głębokim rubinowym kolorze, jak głosi etykieta, mamy ciemną, mętną ciecz. Ale
nic. Podnoszę do ust. Mało słodkie, zalatuje ziołami. „Trzeba być otwartym na
nowe smaki” wymądrzam się. Mąż próbuje, krzywi się i stwierdza, że on sobie
daruje. Przynosi ze spiżarki wino wyprodukowane przez żonę kolegi i wymienia
zawartość swojego kieliszka. Ja swojej bronię jak niepodległości. „No hola,
hola, Kochanie! Mam wylać włoskie, toskańskie wino? Oryginał? A ja wiem, ile
czasu upłynie nim znów będę miała okazję coś podobnego degustować? Spójrz, jaka
butelka, nawet terasy piękne włoskie narysowali” – produkuję się. Mąż spogląda
spod oka i kwituje krótko:
- Mocne. Szybko bierze :-D

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz