czwartek, 12 lutego 2015

Muzyką w kryzys?

Od ubiegłego poniedziałku jeżdżę na rehabilitację. To kolejna próba podreperowania mojego sfatygowanego kręgosłupa. Najwyższy czas wziąć się za siebie, bo trochę głupio narzekać tak po 30-tce, ruszać się jak własna Babcia a uporczywe bóle uciszać codziennie tabletkami przeciwbólowymi.

Tym razem prowadzi mnie pani Kasia. Cudna dziewczyna, mistrzyni w każdym calu, a jej metody pracy są zaskakujące. Tylko biedna trafiła na nasz małżeński kryzys, wobec czego zanim przejdzie do sedna, każde zajęcia musi rozpoczynać od rozluźnienia moich napiętych jak postronki mięśni. Tak już mam, że każdy stres idzie mi w mięśnie :-/  Pisałam, że mam fajnego męża? Na razie odwołuję. Od dwóch tygodni żyję z jego gorszym, złośliwym wcieleniem. Cierpliwość na wykończeniu, para zaczyna buchać.

Ola znalazła gdzieś i podsunęła mi sposób na ochronę przed depresją :-) Ponoć wystarczy słuchać 5 - 10 piosenek dziennie. I już. Słucham w drodze do i z Konstancina. I chyba nie działa. Nastrój podły. Zaczęłam podejrzewać, że może nie wystarczy tylko słuchać, może trzeba jeszcze śpiewać, bo po niczym nieskrępowanym wyśpiewaniu z Johnem Mamannem jego Love Life poczułam się o niebo lepiej. Metody nie mogę jednak stosować bez ograniczeń. Istnieje ryzyko popadnięcia w depresję Bogu ducha winnych przypadkowych słuchaczy. Parę lat temu Luby mój wyznał w przypływie szczerości (okrucieństwa?), że zaczęłam fałszować :-) Trzeba więc ostrożnie, żeby bliźnim nie zaszkodzić :-D

                                                                                                                         Zdjęcie znalezione w sieci


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz