poniedziałek, 28 września 2015

Kwiecień w skrócie

     A no właśnie, tego się obawiałam... Chroniczny brak czasu doprowadził do zaległości, które z kolei już jakiś czas temu zniechęciły mnie do pisania. Bo jak to nadrobić? Z drugiej strony z życiem trzeba się za bary brać a nie odpuszczać.

     Tak więc oto jestem :-) Znów :-)

     Postaram się w telegraficznym skrócie nadrobić minione miesiące i z czystym kontem zacząć jeszcze raz :-)

     Pierwszego dnia po świętach uległam presji najmłodszej, która oburzona była jawną niesprawiedliwością pt.: "Dla Oli to spódnicę uszyłaś, tak? A dla mnie to już nie łaska?!" Wymyśliła sobie kiecę z kawałka wzgardzonego przez starszą (paseczek ów nabyłam w marcu jako aplikację do sukienki Oli, okazało się jednak, że nieco się rozjeżdżają nasze wyobrażenia o niej), a że trochę tego było mało czyt. krótko :-) dokupiłam pasujący doń ściągacz i ... voilà




     Kiedy Ola lojalnie przyznała, że właściwie to nie przepada za sukienkami i okazało się, że mam materiał!!! z rozpędu wzięłam się za sukienkę dla siebie. Och, już się nie mogłam doczekać :-) No i co? Niestety porażka. Materiał fajny, ale kieca po uszyciu nie do noszenia. Niemiłosiernie drapiące szwy, ciut za szeroki dekolt (wykroje z Burdy mają ewidentny feler, albo ja jestem niewymiarowa jakaś), a jakby tego było mało, na materiale robiły się dziwne plamy, obstawiam że od zagnieceń :-( No nic, nie tracę nadziei, że w wolnej chwili uda mi się doprowadzić ją do stanu używalności. Jeśli oczywiście trafi się takowa :-)
     Na swój happy end czeka też niebieska polarowa sukienka dla młodszej córeczki, przede mną więc wyprawa po suwak i dodatki.

     Później kwiecień urozmaicały nam wzmożone przygotowania do Komunii Julci. Począwszy od prób w Kościele, poprzez planowanie całej uroczystości aż po realizację niektórych punktów. Jednym z najprzyjemniejszych było zapraszanie gości :-)

     Przeszukałyśmy internet w poszukiwaniu pięknego cytatu. Pod lupę poszły chyba wszystkie  pierwszokomunijne pieśni, a Jula wciąż kręciła noskiem. Aż zdecydowanie powiedziała, że ma być fragment jej ulubionej Barki. No cóż, nie o tym myślałam, ale to Jej święto i Jej święte prawo :-) Później przygotowałam kilka wersji stylistycznych zaproszeń, by Julia mogła wybrać sobie ten jedyny :-) Jeszcze tylko drukowanie - oczywiście z przygodami, bo drukarka akurat postanowiła mieć gorsze dni - i można było wreszcie zacząć odwiedzać Rodzinę, gdzie Julia, dzierżąc kopertę w małych rączkach, z ogromnym przejęciem wypowiadała przygotowaną sobie zawczasu formułkę :-)


     Któregoś dnia moje starsze dziecię wróciło że szkoły o niebo radośniejsze niż zwykle. Okazało się, że polonistka, Pani Ola pożyczyła jej swoją, jeszcze cieplutką książkę Alexandry Bracken. Książka właśnie trafiła do polskich księgarń, a Ola będzie ją czytać jako pierwsza. Dziewczyny są totalnie zakręconymi wielbicielkami serii, czekały na tę część już długo, stąd ekscytacja godna króla :-) Trzy Olki w interesie, musi być szał :-) Ola z panią wymieniają się zresztą i innymi książkami, obie mają na tym punkcie fizia :-)
     Wszyscy w klasie otrzymali też dziś od Pani Oli zdjęcia z autografami aktorów występujących w serialu Szpital, jako że reżyserem jest jej kolega. Nie znam, nie oglądam, telewizora w naszym domu nie ma. Przez to, że podarek miał miejsce w dniu pożyczenia książki, Ola ledwie zarejestrowała fakt :-) Gdzie te czasy, że autograf nieznanego pisarza otrzymany na szkolnym spotkaniu trzymało się z czcią w albumie, a dla podpisu Renaty Dąbkowskiej opuściło się chemię w liceum... Ech, czasy... :-)

     W dniu imienin Julci w jej klasie odbyły się zajęcia z udzielania pierwszej pomocy. Dzieciaki zachwycone, wieczorem z werwą obracały domownikami - Pani kazała w domu przećwiczyć wszystkie punkty po kolei oraz pozycję boczną ustaloną, bo jutro sprawdzian :-) Zdali śpiewająco :-)

     
     Ach, i jeszcze :-) W jednym z ostatnich dni kwietnia na własnym kawałku nieba zobaczyłam pierwszego tej wiosny bociana. Nareszcie! Mazurskich rzecz jasna nie liczyłam, to nie to samo przecież :-) Tak więc dopiero w tamten poniedziałkowy poranek zaczęła się dla mnie prawdziwa Wiosna :-)


środa, 8 kwietnia 2015

Co za tydzień...

     Znów trochę mnie nie było... Tydzień przedświąteczny zbiegł się ze sprawdzianem Oli, a do tego naszło mnie na szycie :-)

     Tydzień zaczęłam od dokończenia najmniej przyjemnej roboty, bo ile w końcu można to odwlekać? Przygotowałam resztę dokumentów do rozliczenia rocznego, pozostało jedynie skontaktować się z księgową. No właśnie... Najpierw się rozłączała, potem - gdy już straciłam nadzieję - ściemniała, że zasnęła po pracy i właśnie miała oddzwaniać. Taaak, bo ja życia nie znam. I naszej księgowej... Prawie na siłę umówiłam się z nią za pół godziny, wiedząc, że taki fart może się nie powtórzyć. Musiałam jej jeszcze obiecać, że nie wejdę na górę, bo ma bałagan, wszyscy coś od niej chcą, a ona taka zmęczona... Przyjęła mnie rzeczywiście w progu, rozmawiając przez telefon. Zaczekałam aż skończy, by zadać jej parę pytań, ale jak tylko skończyła zaczęła narzekać, że tak tego dużo, weźmie się dopiero po świętach, a w ogóle to rozliczy nas na koniec kwietnia dopiero. Kuźwa, kasa nam potrzebna, a ta zawsze swoje. Już w zeszłym roku chcieliśmy od niej zwiać, ale do czerwca twierdziła, że nie skończyła wpisywać wszystkiego do książki i nie może oddać papierów. No i jest niedroga. Wrrrr. O dziwo, mąż jakoś bardzo się na mnie nie wściekał. Jedno z głowy.
 
     Wieczorem powiedziałam Oli, że kupiłam meliskę na jutro (wypicie filiżanki przed snem dzień przed egzaminem doradziła im matematyczka), a ona do mnie: "A po co, jak ja się wcale nie stresuję?" No, ok. We wtorek zaczęłam rozkminiać, że może trochę jednak powinna, zawsze to jakaś mobilizacja, przygotowanie do tych wszystkich egzaminów, które ją jeszcze w życiu czekają. A tak? Może to oznaka braku ambicji? Mąż mnie wyśmiał - "Dobra jest, czym ma się stresować?" No wiem, ale... Jakiś czas temu Ola skwitowała sprawę mniej więcej tak: "Mamuś, przecież u nas jest tylko jedno gimnazjum, muszą mnie przyjąć". We wtorek wieczorem przyszła do mnie i poprosiła o ziółka, bo troszeczkę się jednak stresuje. Wypiłyśmy razem :-)


     Rano zawiozłam moją elegancką córę do szkoły. Co prawda, nasz dom dzieli od niej zaledwie 150 metrów, ale padał deszcz, po co miała moknąć :-) Później miałam parę spraw w Grójcu do załatwienia, ale Jula wymyśliła sobie, że po raz pierwszy zostanie w domu sama na dłużej (i dalej). Miała dziś wolne ze względu na sprawdzian siostry. Próbowałam skusić ją biblioteką, wyborem papieru na zaproszenia :-) Nie dała się, wręcz nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie pojadę :-) Przed wieczorem ruszyłyśmy z Olą do stolicy na Kopciuszka. Chciałam jakoś uczcić ten dzień, a poza tym Jula ostatnio zrobiła się dość... hm krnąbrna i trzeba jej było pokazać, że warto być fajnym ludziem :-) Planowałam podróż pociągiem, bo przez lata odwykłam od śmigania autem po Warszawie, a miejsca parkingowe przy Multikinie wydawały mi się dziwnie wąskie, ale mąż wygłosił swoje: "Liczą się chęci, a resztę się wyklepie" :-) No jak tak to luuuuz. Próbowałam go troszkę wkręcić smskiem, ale nie dał się :-) Wyczuł podstęp, wszak to prima aprilis...

     W czwartek spontaniczny wypad na Mazury - mąż znalazł auto, które ewentualnie mógłby zaakceptować (idealne nie istnieje) i pojechaliśmy je obejrzeć. Okazało się porażką, w ogłoszeniu przekłamań tyle, że nie warto nawet pisać. Plusy: spędziliśmy fajny dzień we czwórkę, zaliczyliśmy Maca (to plus wg dzieci) i zobaczyliśmy pierwsze bociany tej wiosny. Rok temu pierwsze napatoczyły mi się już w lutym, a w kwietniu spowszedniały mi na tyle, że przestałam liczyć. Teraz pustki jakieś w Mazowieckim, choć są tacy co ponoć widzieli :-)  Wieczorem wzięłam się wreszcie za planowanie świątecznych smakołyków, bo na liście była dotąd tylko Złota Rosa, nasz ulubiony serniczek. Z nim decyzja była błyskawiczna - ser, ktorego do niego używam był na super promocji :-) Dorzuciliśmy ostatni hit - szarlotkę z przepisu bratowej, a Julia zażyczyła sobie jeszcze babkę, bo jak to ma jej nie być w koszyczku ze święconką? Pani na religii im mówiła, że babkę trzeba... Pod naciskiem męża odpuściłam sobie sałatki i flaczki, bo i tak nas w domu nie będzie. Wynegocjowałam bigos, za którym już zdążyłam się stęsknić. Większą część zamrożę i będzie ja znalazł w kryzysowych czasowo sytuacjach.

     Sprzątanie zostawiam zawsze na ostatnią chwilę, żeby efekt był widoczny (i tak nie jest) :-P  Na wymytych w piątek oknach już po kilku godzinach były zacieki - jaśnie nam panująca wiosna szalała na całego przeplatając deszcz ze śniegiem i gradem w kilkuminutowych odstępach. I jeszcze nasz psiak, niepokonany ekspert ds. błyskawicznego usuwania śladów sprzątania. Drapaniem w szybę (ślady do wysokości 1,5m) daje nam znać, że chce wejść do domu, a wpuszczona stempluje ubłoconymi łapkami podłogi, pozostawiając na jasnych płytkach gustowne kompozycje. Mycie ścian wcześniej też nie miało sensu - w taką pogodę każde przytulenie się Daisy do ściany daje efekt burej plamy.

     Wieczorem dziewczynki zrobiły pisanki. Cudne. Zdolne mam bestie, prawda?


     Niestety nie wszystkie zmieściły się do koszyczka, który - tak na marginesie - był w ostatniej chwili kombinowany. Kiedy bowiem przyszło do przygotowania święcenia i wysłałam Julcię po koszyczek, okazało się, że go nie ma. "Jak to nie ma?" Pobiegłam sama, przeszukałam wszystkie szafki, efekt ten sam. Wrrr, to gdzie on cholera jest? I z czym mamy iść do kościoła? "Mamo, ja znam historię tego koszyczka" słyszę w pewnej chwili. Po czym następuje wyjaśnienie - bo ja się nim bawiłam dawno temu i nie schowałam, zostawiłam w wiatrołapie i Daisy go pogryzła. Ale ty wiedziałaś - dodaje. Wdech, próbuję się skupić i przypomnieć. No może rzeczywiście, gdzieś z tyłu głowie telepie się myśl, że w tym roku miałam wreszcie kupić nowy koszyczek. Tylko zapomniałam, że sprawa kupna podyktowana była potrzebą, a nie zachcianką. Zachciankowe zeszły na plan na tyle odległy, że nie zostały zrealizowane. Błąd. Co robić? Co robić?
- Mamusiu, to może położymy na talerzu, a ja dorobię uszy z patyczków? Nie będzie widać - przekonuje mój mały Majsterklepka. Kręcę nosem.
- To może babcia nam pożyczy... - kombinuje dalej.
- Dziecko, chyba lepiej, żeby babcia nie wiedziała, jak my się do świąt przygotowaliśmy - próbuję żartować, i nagle... Jest!!!
Szybciutko pobiegłam na strych, gdzie zachomikowałam (chwała Bogu!) koszyczek po jakiejś roślince, z którego Ola 4 lata temu sypała kwiatki na Boże Ciało. Zleciłam błyskawiczne odinstalowanie wszystkiego co niepotrzebne, wymyłam i oderwałam folię zabezpieczającą przed przeciekaniem,  raz dwa zapakowałam wszystko, co trzeba i mogliśmy wyjeżdżać do Kościoła.


     Dekoracje Grobu i Ciemni piękne w tym roku. Głupio mi było pykać fotki podczas adoracji, więc zamieszczam te, które wykonał nasz wikary Piotr - pomysłodawca i pewnie w dużej części wykonawca.


     Na wieczór zostało mi jeszcze dokończenie spódnicy dla Oleńki przy akompaniamencie zawodzenia Juli, jaka to jestem niesprawiedliwa, że szyję tylko dla Oli. Jakby wiedziała, że tak zrobię, toby sobie sukienki nie kupowała. Ha!


     Gotowa spódniczka na mojej modelce:
    


niedziela, 22 marca 2015

Żegnaj zimo...



     Wczoraj przywitaliśmy upragnioną Wiosnę. Powitanie, żeby nie było, odbyło się jak należy. Z przytupem :-)

     Po raz pierwszy udało się nam całą rodziną uczestniczyć w XXIX Rajdzie Pieszym PTTK „Witaj Wiosno”. Dziewczynki chodziły już w poprzednich latach, ale w związku z uroczystym wręczeniem naszej Młodszej legitymacji członkowskiej PTTK ruszyli się i staruszkowie. Trochę, jak zwykle, zadecydował przypadek; dzieci zgłosiło się zbyt dużo i krucho było z opieką, zostałam więc poproszona przez Panią Basię o uczestnictwo. Poproszona to może niekoniecznie dobre określenie ;-) Było tak: „Pani Agnieszko, ja pani nie proszę, ja nawet pani nie błagam. Ja pani każę :-)” Zgłoszonych na rajd dzieci było już wtedy 31, opiekunów tylko 2, więc… Koniec końców Rodzice stanęli na wysokości zadania i już na rajdzie okazało się, że idzie nas 10 :-) Dzieci też przybyło – chętnych do utopienia Marzanny było z naszej szkoły 44 :-D


     Całą olbrzymią grupą – samych dzieci zebrało się 370 - przeszliśmy z parkingu przy szkole nr 2 w Warce na Rynek, gdzie odbyło się spotkanie z władzami miasta oraz wręczenie legitymacji 5 nowym członkom. Julia wystąpiła jako pierwsza :-) 




     Po słodkim poczęstunku udaliśmy się do Muzeum Kazimierza Pułaskiego w Parku na Winiarach. Dla mnie i męża był to sentymentalny powrót – w tym miejscu odbyła się nasza ślubna sesja prawie 15 lat temu <3 Sprzed Muzeum, już w mniejszych grupach rozeszliśmy się po ścieżkach przyrodniczo-edukacyjnych.



     Nasza grupa dotarła nad Pilicę, gdzie jeden z obecnych Tatusiów podpalił Marzannę i wrzucił do rzeki. No, Zimo, zapraszamy w grudniu :-)




     Ostatnim punktem programu było ognisko – po ostatecznym rozprawieniu się z zimą należało się wzmocnić pieczonymi kiełbaskami. Po odśpiewaniu wiosennych piosenek, każda biorąca udział w rajdzie grupa otrzymała pamiątkowy dyplom i piłkę dla swojej szkoły.



     Po powrocie do domu wzięliśmy się całą rodziną za wiosenne porządki, żeby zupełnie wygarnąć zimę z zakamarków ogrodu, a ja w międzyczasie robiłam jeszcze Popaprańca. Przepis dostałam od Sylwii, z zastrzeżeniem, że jej, nie wiedzieć czemu, nie wyszedł krem. Mi też się spaprał. Hmmm, może to w tym tkwi tajemnica nazwy?

piątek, 6 marca 2015

Opłakane w skutkach szukanie Wiosny...



     W niedzielę po obiedzie szukałyśmy z Julcią wiosny. Mąż odsypiał nockę, a Ola z bolącym gardłem wygrzewała się w łóżku. 

     Zabrałyśmy ze sobą Daisy. Psinka zawsze jest chętna, a na widok smyczy zaczyna szaleć ze szczęścia. Przybiega z prędkością światła i domaga się przypięcia jej do obróżki :-)  Zdaję sobie sprawę, że brakuje jej spacerów - w tygodniu zbyt rzadko z nią wychodzimy, pozostaje jej podwórko, gdzie może hasać do woli, ale spacer to jednak spacer :-)

     W naszym lesie nie udało się znaleźć sztandarowych zwiastunów wiosny, jakimi są bazie. W ogóle raczej szaro, buro i ponuro, aurze i pejzażowi bliżej do jesieni :-(   Mrowisko jednak ożyło. Ponoć zwiastuje to koniec zimy, aczkolwiek trudno mi w to uwierzyć, szczególnie kiedy natknę się gdzieś na  prognozę pogody… Właśnie przy mrowisku, gdy Jula z przerażeniem fotografowała czarne owady zauważyłam kleszcza na uchu Daisy. Strzepnęłam go w panice, mając w pamięci ubiegłoroczną babeszjozę u trzyipółmiesięcznej wówczas suni. 

     Po powrocie ze spaceru przeczesałam Daisy centymetr po centymetrze. Sierść ma jasną nie powinno być więc problemu, wydawałoby się, ale i gęstą, niestety. W sumie przyniosła na sobie dziewięć, w porę unieszkodliwionych, krwiopijców, ale w przerażenie wprawił mnie dziesiąty – jasny, wielki na ponad półtora centymetra. Prawdopodobnie nie odnaleziona w porę pamiątka z ubiegłotygodniowej wyprawy. Właściwie już się nie trzymał, wystarczyło chwycić go pęsetą i wrzucić do słoiczka. Ranę zdezynfekowałam spirytusem i jeszcze baczniej zaczęłam obserwować psiaka. Na szczęście nie zauważyłam żadnych niepokojących objawów typu apatia, większa niż zwykle ospałość, wymioty, brak apetytu. Obejrzałam nawet dziąsła, ale i tu wszystko było ok.

     Mimo wszystko rano zabrałyśmy ją z Olą do weterynarza. Bardziej dla uspokojenia się niż z konieczności, ale wolałam wszystko sprawdzić. I szok. Temperatura 41 stopni, ogólne oględziny i wywiad i mamy diagnozę: babeszjoza. Struchlałyśmy świadome zagrożenia. Lekarz dziwił się trochę w miarę dobrej kondycji Daisy, ale nie czekając wdrożył leczenie. Skończyło się na podaniu imizolu, a ponadto trzech innych zastrzykach, min. antybiotyku i leku osłaniającym wątrobę. We wtorek kolejne trzy, w środę dwa ostatnie. Póki co Zunia wciąż jakby smutna… Wiem, że potrzebuje jeszcze trochę czasu, ale przykro na nią patrzeć.

     Ola natomiast, żeby nie było, od wtorku na antybiotyku. Gardło miała już tak paskudne, że nie było wyjścia. Zwolnienie miała wstępnie do dziś, ale na dzisiejszej kontroli Pani Doktor wypisała kolejne. Mało tego. Po pierwsze nie zgodziła się na udział Oli w turnieju piłki ręcznej w przyszły czwartek, jako że wciąż będzie na antybiotyku, a poza tym angina sieje ponoć spustoszenie w organizmie (obciąża stawy, nerki, serce) i tego typu obciążenie wraz z silnymi emocjami, które się wiążą z rywalizacją, są absolutnie niedopuszczalne. W rezultacie klasa odpuszcza sobie udział, ponieważ Pani od w-f skwitowała sprawę krótko – bez Oli w ogóle nie ma sensu nigdzie jechać ;-)   Po drugie, udział Oli w warsztatach organizowanych w ramach projektu Młodzieżowy Magiel również nie wchodzi w grę. Choć Ola czuje się duuuuużo lepiej niż te 3-5 dni temu i w zasadzie wygląda na zdrową, to światu mogę ją zwrócić dopiero za tydzień :-)   Jej choroba po trosze też ma związek z szukaniem wiosny. Tydzień wcześniej Ola wyciągnęła nas na spacer w lasy mojego dzieciństwa. Zrobiła mnóstwo pięknych zdjęć na konkurs, ale to już fotograf pełną gębą :-)  Ponadto sprzyjała jej pogoda (piękne słońce) i okoliczności przyrody okazały się łaskawe. Później jednak każdego dnia budziła się z bólem gardła, a dobiła ją Zimowa Noc w szkole i podchody od 20 do 22.30… 

     Mam nadzieję, że u Was szukanie wiosny nie okazało się tak brzemienne w skutkach…

                                                                                                                          Nasza kochana Daisy :-)

    

czwartek, 26 lutego 2015

Wszystko, co dobre szybko się kończy…



     W piątek dobiegła końca moja rehabilitacja. Od poniedziałku wszystko wróciło do normy. Tylko czy to oby na pewno dobrze? Nie będę ściemniać, ogarnięcie wszystkiego przez te trzy tygodnie było trudne. Przedpołudnia, które normalnie w całości poświęcam pracy, spędzałam na zabiegach. Po południu ze szkoły wracają dzieci, więc trzeba wysłuchać relacji z całego dnia, nakarmić, młodszej z lekcjami pomóc  – pracuję więc na pół gwizdka. No, chyba że klient pojawi się osobiście, wtedy rzucam wszystko i siedzę w biurze :-(  W ostatnim czasie, gdy wracałam z Konstancina, młodsze dziecię było już w domu, więc w pracy ograniczałam się jedynie do „gaszenia pożarów”. To oznaczało tak znienawidzoną przeze mnie nerwówkę i, jeśli było trzeba, robotę po godzinach, w świętym czasie dzieci. Tu wyjaśniam od razu, że święty czas dzieci często jest pojęciem czysto umownym, życzeniowym, bo niestety wciąż wyskakuje mnóstwo nieoczekiwanych spraw i różnego rodzaju „muszę”  :-( Teraz było to na porządku dziennym, bo dziwnym zrządzeniem losu w moje wolne od pracy dni nawet maili przychodzi kilka razy więcej.

     Ale z drugiej strony była to jedyna okazja, by zająć się trochę sobą. Nie oszukujmy się, w domu, mimo planów i dobrych chęci trudno mi to kontynuować. Trzeba się „przestroić” i bez poczucia winy wykradać z codziennej bieganiny godzinę dla swojego zdrowia. Ale bardzo, bardzo się staram. Nie chcę zniweczyć tego wszystkiego, co udało się osiągnąć.

     Miałam szczęście trafić na wspaniałą rehabilitantkę. Pani Kasia podeszła do mojego „rusztowania” w sposób kompleksowy, przemycając mi pomiędzy masażami i ćwiczeniami kluczowe kwestie związane z funkcjonowaniem organizmu, od właściwego odżywiania, nawadniania tkanek poprzez ruch aż do relaksu i rozluźniania. Tłumaczyła, jak ciało reaguje na najmniejszy nawet stres, typu: zaraz się spóźnię, jak spina poszczególne partie mięśni, których istnienia nawet sobie nie uświadamiamy i prowadzi do dolegliwości pozornie ze stresem nie związanych. Wspaniale byłoby pozbyć się go na zawsze ze swojego życia  :-)  Tak, wiem, że to mrzonki ale obiecałam sobie choć trochę wyluzować. W końcu, co mi to da? Wieczny pośpiech i dążenie do perfekcji… Mało tego, mojej rodzinie też będzie z tym lepiej :-)

     Pędzę pomachać nogami :-D
                                                                                       Jak my dbamy o swoje ciała, tak nam się one odwdzięczają...